Jak przeszliśmy smoka...

Jeśli ktoś przeszedł smoka, to już sam fakt, że żyje po tym wyczynie, powinien go zadowalać. My znaleźliśmy się w gronie tych szczęśliwców, chociaż parametry jednego z nocnych etapów wcale tego nie gwarantowały…
Ale po kolei. Wyjazd ekipy krokusowo-plessinowej na V Ogólnopolski Rajd na Orientację PRZEJŚCIE SMOKA - VI rundę Pucharu Polski w Marszach na Orientację postanowiłem połączyć z udziałem w rozgrywanych w Jastrzębiu Mistrzostwach Śląska w Nocnym Biegu na Orientację. Tak też zrobiłem. W ogóle w okolicach Jastrzębia i Rybnika miał miejsce bardzo orientacyjno-biegowy weekend, a nocne zawody były jego preludium. Jako że moja forma fizyczna ostatnio jest na poziomie rozwojowym pantofelka lub innej ameby, to preludium w zupełności miało mi wystarczyć.
Los mi sprzyjał, trasa nie była długa (1,9 km i 11 PK), poza tym została mi przydzielona pierwsza minuta startu. Terenem zawodów był dość duży jar otoczony osiedlami domków jednorodzinnych. Gdzieś w połowie trasy mój żwawy (jak na mnie) galop przemienił się w człapanie starej szkapy – ale do mety dotarłem. Cel główny, jakim było przymuszenie się do kilkunastu minut wysiłku biegowego, został zrealizowany.
Po zawodach odebrałem Adama i Arka, i ruszyliśmy do Łagiewnik, chociaż łódzkich, to też mających pewną renomę religijną.Tradycyjne kłopoty transportowe Arka zwielokrotniły głód kolegów (mojego nie – bo ja się odchudzam!). Krótki popas na stacji i dalej do bliskiej już bazy. Ja się upieram, że tuż przed szkołą znajduje się bazylika Świętego Antoniego, więc nie ma problemu, jedziemy ulicą Okólną, znajdujemy bazylikę i tuż za nią szkołę. Nie było jednak tak pięknie, jak to sobie wyobraziłem. Najpierw ulica Okólna zdawała się mieć długość Manhattanu, konieczność przecięcia drogi na Warszawę wzbudziła bardzo duży niepokój, ale zakończenie ulicy Okólnej w szczerym polu dało już pewność: bazy nie znaleźliśmy. Powrót, szybki telefon do przyjaciół i jest. Ale gdzie ta bazylika? Adam to się ze mnie już zaczął nawet naigrywać. Rano okazało się, że bazylika była tam, gdzie miała być, tylko wyraźnie taka mniejsza…
W bazie kilku kolegów jeszcze urzędowało, a część to nawet chodziła po trasie TRInO. Więc winko, pogaduszki, miło, a tu nagle już trzecia! Śpimy, śpimy… Rano dotarł samochodem mój partner (Andrzej), uregulowaliśmy, co trzeba, pobraliśmy materiały startowe i postanowiliśmy w drodze na start 1 etapu pokonać fragment trasy TRInO. Po otrzymaniu płyty CD z mapą etap wydawał się być może nienajtrudniejszy, ale z pewnością niebanalny. I w tym przekonaniu zaliczyliśmy pięć punktów kontrolnych. Idąc na kolejny postanowiliśmy sprawdzić, czy po drodze nie mijamy jakiegoś PK z TRInO. Ku naszemu zdziwieniu dostarczona przez organizatorów mapa towarzyszącego etapu praktycznie rozwiązywała większość zagadek lokalizacji fragmentów na mapie etapu zasadniczego. Od tego momentu etap raczej bez historii. Szkoda, że wysiłek włożony przez Darka w przygotowanie trasy, został w znacznym stopniu zmarnowany, bo przy ułatwieniach z TRInO etap był nieco zbyt prosty.
Co innego etap 2. Już na starcie poczuliśmy niepokój, obserwując z daleka bezowocne wysiłki większości zespołów, które po wielu minutach prób dopasowania fragmentów mapy szły w teren nie całkiem przekonane, że w ogóle po coś mogą tam iść. Rzeczywistość (częściowo również kształtowana przez nasze dobre, bystre, stare oczy) miała być dla nas jeszcze bardziej niełaskawa. Okazało się, że dopasowanie polega na znalezieniu minimalnej wielkości fragmentów wycinków, które nie to, że są identyczne, ale które choć odrobinę się nawzajem przypominają. Do tego wszystkiego jeszcze dołożyliśmy losową, ale błędną decyzję o udaniu się w północno-zachodni rejon mapy (który, jak się okazało, był prawie pozbawiony PK naszej trasy). I tak w doborowym towarzystwie Bartka i Edka przeszliśmy powtórnie przez start tego etapu jakieś 10 minut przed końcem podstawowego limitu z dwoma PK potwierdzonymi w karcie. Już tylko szybka gonitwa i skończyło się bez 4PK, czyli koniec szans na dobre miejsce w Przejściu Smoka – szkoda. Faktycznie, nikomu nie poszło tak źle, jak naszym dwóm zespołom. Z uwagi na poniesione na tym etapie stary moralne (i punktowe) nie chcę go oceniać – zbyt byłoby to subiektywne. Natomiast budowniczemu trasy poddaję pod rozwagę obrazek, który mógł obserwować ze startu, a na którym zespoły spędzały mnóstwo czasu przed wyjściem w teren i gdzie kumulowała się większość trudności tego etapu. Mam na ten temat własne, coraz bardziej wyrobione zdanie – takich etapów nie chcę, nawet jeśli, poza tymi dziesiątkami minut na starcie, są potem fajne!
Po etapach złe humory nieznacznie tylko poprawił obiad. Potem potrzebowałem chwili wyciszenia, do czego w mojej opinii idealnie nadawał się etap biegowy, pokonywany spacerkiem. Może dobrze, że od początku miałem takie założenie odnośnie tempa na tym etapie, bo dopiero po paru dłuższych chwilach, ale za to całkiem samodzielnie, odkryłem to, co było bardzo wyraźnie wszem i wobec ogłoszone na mapie – jest ona lustrem! Spacer był świetny, jedyny minus, że nie przeszedłem na drugą stronę głównej drogi i nie odwiedziłem zabytkowych, drewnianych kaplic – mój błąd. Potem postanowiłem zaliczyć jeden PK na MiniIno i jeszcze kawałek tras TRInO. I dość.
Z uwagi na nasze wątpliwe sukcesy w klasyfikacji prowadziliśmy daleko idące rozważania związane z odpuszczeniem nocnych etapów na rzecz meczu z Niemcami. Wypracowaliśmy wariant kompromisowy – Szymon z domu miał słać SMSy po każdym istotnym, meczowym zdarzeniu. A my na etapy.
Etap noszący oficjalnie numer 4 był naszym trzecim. Podobał mi się, bo nie był jakoś niebotycznie trudny, ale jednocześnie wymagał dużej staranności w nawigowaniu. Na etapie dwukrotnie spotkania z Krzyśkiem i Maćkiem , dla których przez chwilkę występujemy w roli „dobrych duszków”. Przed końcem etapu kończy się pierwsza połowa i jest 0:0, chociaż Szymon napisał, że nie wygląda to dobrze. Meta. Gdzieś w tamtym rejonie zdobywamy bramkę (tzn. Milik z kolegami, a nie my z Andrzejem) Przed nami etap ostatni – prawdziwy postrach uczestników (170 min podstawowego limitu!). Na pierwszym PK czekamy na Krzyśka i Maćka i w ten sposób zapewniamy im potwierdzenie stowarzysza. Mamy problem z drugim PK (o numerze 6). Tymczasem 2:0. W tej atmosferze euforii podbijamy kolejnego, na szczęście przedostatniego na tym etapie, stowarzysza. Jeszcze gdzieś na trasie spotykamy Waldka, idącego w tą samą stronę, co my. A także Adama i Romka, którzy w tą samą stronę nie idą. Później dużo chodzenia, czasem cofania się. I tak, zachwyceni wynikiem meczu i zakończeniem smoczych etapów, osiągamy metę.
Nie lubię pisać podsumowań, oceniać i w ogóle. Ale spróbuję. Impreza dobrze zorganizowana, nie brakowało nic do przyzwoitego standardu naszych inowskich warunków. Dobrze, niech będzie, lekko wstydliwie przyznam, że czasem można w standardzie spotkać papier tam, gdzie jest ważny, ale to drobiazg. Etapów towarzyszących dużo – chyba zbyt dużo. Po pierwsze przyczyniły się one do „sprucia” koncepcji pierwszego etapu. Po drugie – dla mnie to minus, może dla niektórych plus – przez to brakło czasu na chwilę wspólnego posiedzenia. Dowód – Arek zabrał gitarę, na której nikt nie zagrał ani jednego akordu!!! W ogólnym odczuciu bardziej podobały mi się etapy w Serpelicach (tam też mi źle poszło, a nawet jeszcze gorzej, więc to obiektywnie?). Żeby nie było, że marudzę – coraz bardziej chce mi się jeździć na imprezy „Stowarzyszy”, bo nawet jeśli są jakieś uchybienia, to niewielkie i widać że się wszyscy doskonalą w organizacji. Wielkie dzięki, i już chciałbym wiedzieć, co robicie w przyszłym roku?
Arek na TJ/TU oraz Adam na TS brali udział w większości opisywanych zdarzeń w innym czasie lub miejscu, ale jedno jest pewne: też przeszli smoka i mogłem ich bezpiecznie odwieźć do domu.

Kategoria: